12 maj 2026

(07/2026) Cesarstwo świtu, Jay Kristoff


Moja ocena:
8/10


Tytuł: Cesarstwo świtu
Autor: Jay Kristoff
Wydawnictwo: Mag
ISBN: 9788368591446
Liczba Stron: 1018
Wersja: papierowa/ebook, posiadam
Oprawa: twarda
Kategoria: Fantasy
Czytałam: 26.03-22.04

  Wiele osób jest zawiedzionych zamknięciem cyklu przez Kristoffa. W wielu sprawach się z nimi zgadzam, może nawet we wszystkich... Niemniej zapraszam na parę słów o samej książce jak i o całym cyklu. Spoilery sypią się aż miło, więc wchodzisz na własną odpowiedzialność. 

 Gabriel po śmierci Dior wyrusza w stronę stolicy by zabić Wiecznotrwałego Króla. Uważa, że nic mu już nie pozostało, jedynie zemsta na Fabienie Vossie. Ostatni Srebroświęty powoli coraz bardziej stacza się w pragnienie a bestia w nim drzemiąca przebudza się coraz częściej i coraz silniej. W tym samym czasie Dior zmartwychwstaje. Prowadzona przez Matkę Maryn i Celene opracowuje plan, w którym ma raz na zawsze zakończyć bezdzień. 

  Nie ma chyba osoby czytającej ten cykl, która nie przebierała nóżkami na myśl o trzecim tomie. Wszyscy czekali w niecierpliwości jak ta seria się zakończy, jakie będzie wyjaśnienie tego wszystkiego. Niestety, ale im więcej hype'u tym mocniej książka uderza o ziemię. W tym wypadku też tak było. Pierwszy tom był niesamowity. Powiew świeżości w zalewie średnich książek ostatnich lat. Mimo, że w pozycji znajduje się mnóstwo rzeczy, które zazwyczaj mnie odtrącają (nazbyt wulgarny język, nadmiar rubasznych żarcików, smutne sceny) to książka kliknęła mi w głowie od pierwszych stron. Bawiłam się wyśmienicie, pragnąc więcej. Gdy nadszedł drugi tom, również nie mogłam się doczekać. Historia parła dalej, pojawiło się parę odpowiedzi, ale również więcej pytań. Za to trzeci tom... To zasługuje na osobny akapit.

 "Cesarstwo świtu" miało przynieść nam odpowiedzi na wszystko. Kim w końcu są Esani, skąd wziął się bezdzień i co najważniejsze, jak udało się Gabrielowi zabić Fabiena Vossa. To ostatnie Kristoff przeciągał niemiłosiernie. Gdy pierwszy tom zakończył się bez tej sceny było nawet zabawnie. Została tajemnica ciągle łechtająca od pierwszych stron. W drugim tomie pojawiła się lekka irytacja, a gdy w końcu dotarło się do opisu śmierci Wiecznotrwałego Króla to... poczuło się niedosyt. Tyle czekania, tyle wodzenia czytelnika za nos by dostać podrzędny opis walki na naście stron, przy okazji wyjaśniając pół fabuły. Mówić, że byłam zawiedziona to jak nie powiedzieć nic. 

 Co do wyjaśniających się wątków... Tak, dostaliśmy odpowiedzi, ale były tak miałkie i nudne, że człowiek miał nadzieje, że to jakiś nieśmieszny żart. Bo jak inaczej opisać to, że wielkie tajemnice tkane przez prawie trzy tysiące stron są wyjaśniane dosłownie jednym losowym dialogiem, który często wyglądał jak napisany na kolanie, bez polotu i pomysłu na siebie? Jeden taki moment można wybaczyć, ale było ich zdecydowanie za dużo. 

 Kolejna rzecz, która mnie zawiodła, czy raczej zdziwiła to to jak mało cytatów sobie zapisałam. Mam ich zaledwie dwa lub trzy, gdzie z poprzednich dwóch tomów mam zapełnione pół folderu. W tej części zabrakło iskry, nie wiem na ile to wina tłumaczenia a na ile samego oryginalnego tekstu. Oczywiście pojawiały się nadal humorystyczne sceny, mogę powiedzieć, że człowiek nawet mógł poczuć, że było ich zbyt wiele, ale jednak czegoś im brakowało. Tak samo jak brakowało mi poprzedniego stylu ilustracji. Dużo osób powie, że czepiam się dla samego czepiania, jednak po dwóch tomach zmiana stylu o 180 stopni to raczej kiepski wybór. Szkoda, bo poprzednie dwa tomy miały wspaniałe i klimatyczne ilustracje, zdecydowanie wyróżniające się na tle innych książek fantasy. 

  Kto mnie zna lub obserwuje od dłuższego czasu wie, że z wątkami LGBT+ nie mam problemu, a nawet je lubię. Jednak w tej części aż mnie miejscami nosiło. Zgodzę się, że częściej na wątku Dior i Ryene, mniej na Aaronie i Baptiste. Zwalam tu winę na zbyt podobne problemy obu par. Może przyczyny ich sporu były różne, jednak efekt ten sam. To czytelnika bardzo męczyło, czułam jakbym czytała o tym samym. 

  Oczywiście nie cała historia była kiepska, przez większość czasu siadałam do czytania z ochotą (oprócz części opowiadanych przez Castię). Nadal był klimat, była walka, był wrak człowieka czyli Gabriel i wspaniały historyk Jean-Francois. Jednak jak wielu mówi, Kristoff nie dowiózł historii, postawił sobie poprzeczkę niezwykle wysoko i coś po drodze pogubił. Według mnie za bardzo skupił się na swoich dobrych stronach, na tym za co go ludzie chwalili i co im się podobało, zamiast zając się niedociągnięciami i rozwinięciem warsztatu. 

  Z bólem serca muszę powiedzieć, że to nie do końca Cesarstwo świtu a Cesarstwo zmarnowanego potencjału i rozczarowania. Mój największy ból to samo zakończenie, które zaczęłam sobie już składać koło połowy tomu i udało mi się je przewidzieć w jakiś 80%. Mogę być dziwna, że zawszę myślę do przodu, próbuję sama dojść co autor mógł dalej napisać. Gdy odkładam książkę nie zawsze opuszcza ona moją głowę i non stop o niej myślę. Czasami przewidzenie zakończenia cieszy, zwłaszcza gdy książka zostawia po sobie pustkę i niedosyt. W tym wypadku tak nie było... Ostatnie strony wyjaśniające wszystko czytałam raczej z miną typu "serio?" i to takim mniej pozytywnym. Ocenę daję wysoką, mam chyba za duży sentyment do całej serii i tego jak się całościowo dobrze bawiłam. Nie jestem w stanie dać tej historii mniej, jednak są to trzy cegiełki, które będę dobrze wspominać, a może po latach wrócę by poznać na nowo historię, tym razem ciągiem bez przerw na parę lat. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz