2 kwi 2026

(06/2026) Yumi i Malarz Koszmarów, Brandon Sanderson


Moja ocena: 10/10


Tytuł: Yumi i Malarz Koszmarów
Autor: Brandon Sanderson
Wydawnictwo: Mag
Cykl/Seria: Secret Project
ISBN: 9788367793049
Liczba Stron: 409
Wersja: papierowa, posiadam
Oprawa: twarda
Kategoria: Fantastyka
Czytałam: 15.03-30.03

  Sięgając po książki Brandona Sandersona oczekuję już pewnego poziomu literatury fantasy. Wiem, że nie każdy go lubi, i dobrze bo nie jest zupą pomidorową by wszyscy go kochali. Niestety mi trafiła się spora doza tej miłości i na półkach mam większość jego książek, gdzie spora część nadal czeka na przeczytanie. Dlaczego czeka? Bo chcę sobie dawkować tak wyśmienitą zabawę jaką mam z literaturą tworzoną przez Brandona. Niemniej powoli zmniejszam Sandersonową hałdę hańby i powoli zabieram się za każdy tytuł. Dziś o Yumi i Malarzu Koszmarów...

  Historia zaczyna się z perspektywy młodego Malarza Koszmarów, Nikaro. Mieszka on w mieście Kilahito oświetlony liniami hionowymi, przez co całe miasto widziane jest w odcieniach seledynu i fuksji (dla męskiej części czytelników niebiesko-zielony i różowy). Bohater właśnie wyrusza na nocny patrol w poszukiwaniu koszmarów. Bo tak, w tym świecie złe sny przybierają materialną postać. W pewnym sensie. Planetę okrywa czarny całun, nieprzeźroczysty, stworzony jakby z gęstego dymu czy wręcz atramentu, nie przepuszcza ani grama światła słonecznego. Jedyne co chroni mieszkańców przed pochłonięciem przez niego są właśnie linie hionowe, które w jakiś sposób go odpychają. Nikaro spotyka po raz pierwszy w życiu stabilny koszmar, co nim wstrząsa, po powrocie do domu poczuł się niezwykle słabo i padł bez sił do łóżka... Później poznajemy Yumi, jest ona yoki-hijo, wybraną przez duchy. W jej świecie, w państwie Torio, panuje kompletnie inna atmosfera. Jest tu gorąco, światło słońca zabarwia wszystko na lekko czerwony odcień, ziemia parzy niczym rozgrzany piec, a rośliny unoszą się wysoko w powietrzu. Młoda kobieta przechodzi przez serię rytuałów, od rytualnego śniadania, przez rytualną kąpiel do rytualnych modlitw i medytacji. Jej zadaniem jest przyciągnąć duchy by mogły zmienić się w potrzebne w wiosce urządzenia, latacze czy rzeźby unoszące domy. Nagle po wykonaniu swojego zadania mdleje, a później w powozie jeden z duchów prosi ją o pomoc... Następnego dnia Yumi budzi się jako zjawa a jej ciało zostaje zajęte przez ducha Nikaro.

  Po pierwsze muszę powiedzieć, że takiej książki kompletnie się nie spodziewałam! Już trochę minęło od publikacji tej pozycji i wiele już udało mi się o niej usłyszeć. Myślałam, że Yumi i Malarz będą się w jakiś sposób ze sobą komunikować. Słyszeć się miedzy planetami, może ich dusze się połączą i będą doznawać wizji? Mniej więcej o czymś takim myślałam, a tu pan Sanderson kompletnie mnie zaskoczył przejmowaniem ciał. Żeby było śmieszniej w świecie Yumi, Nikaro jest w jej ciele, wszyscy widzą go jako ją, więc każde odstępstwo od rytuału, na które pozwala sobie Malarz jest niejako uderzeniem w postać yoki-hijo. Za to w świecie Malarza Yumi ma swoje ciało, wszyscy widzą ją jako ją, więc pojawiają się nowe trudności, na przykład pytania takie jak skąd w pokoju Nikaro obca dziewczyna czy gdzie się podział młody mężczyzna, bo oczywiście jest on w formie zjawy, której nikt nie widzi... No prawie nikt.

  Kolejna rzecz, której się nie spodziewałam to aż tak duże połączenie z cosmere. Muszę się przyznać, że poleciłam książkę nie czytając jej jako coś co można czytać bez znajomości uniwersum... UPS? W teorii nie potrzeba tu znajomości wszystkiego, da się bez tego obejść i zrozumieć całość bez problemu, ale niestety może nam umknąć parę dość sporych smaczków czy nawet złapać spoiler do Archiwum Burzowego Światła. Spotykamy tu Hoida (Trefnisia, kosmitę tysiąca imion, który podróżuje po całym cosmere i jest czymś w rodzaju boga bez cząstki boskości, w skrócie jest nieśmiertelny) i Kompozycję, jego sprena. Spotykamy to też duże słowo. Hoid jest bowiem naszym narratorem, dość zabawnym, musze dodać. Niestety, przez całą książkę robi za wieszak na ubrania. Gdy trafił na planetę Nikaro nagle zamarł w bezruchu, wiec Kompozycja pomalowała go na złoto i zrobiła z niego wieszak na ubrania w swojej restauracji z kluskami, którą też założyła nie mając co robić gdy Hoid pozostawał w stanie zamrożenia. Kocham ten okruch absurdu u Sandersona.

  Warto też dodać, że ta książka to trzeci Secret Poject, czyli coś co Brandon napisał między innymi książkami, ot tak w wolnych chwilach. Aktualnie są cztery takie książki, po polsku piąta ma się ukazać w drugiej połowie 2026 roku. Wszystko zaczęło się od kikstartera, którego ten projekt dosłownie rozwalił, takie było zainteresowanie. Książki pojawiły się w pięknej szacie graficznej, z kilkoma kolorowymi ilustracjami w środku każdej. I to nie takimi śliskimi co z nich tusz schodzi od samego patrzenia, oj nie. Tu dostajemy świetne jakościowo grafiki wydrukowane na grubych kartkach. Osobiście pierwszy raz się z czymś takim spotkałam właśnie w tej mini "serii".

  Nikaro jako Malarz Koszmarów na początku opowieści pokazuje się czytelnikowi z nie najlepszej strony. Wydaje się leniwy i wypalony artystycznie. Jego praca polega na malowaniu koszmarów (no shit Sherlock), co w gruncie rzeczy oznacza, że odszukuje w mieście koszmary, które wyszły z całunu i maluje je na płótnie w kształt, który przypominają, wtedy koszmar znika zanim pożywi się na tyle by stać się stabilny, czyli materialny i niebezpieczny. Powinien tak robić, ale tak naprawdę każdy koszmar maluje jako bambus. Bo zawsze działa. Później w miarę rozwijania opowieści dowiadujemy się dlaczego tak postępuje, ale nie będę tu dawać aż takich spoilerów ;).

  Yumi za to jest bardzo ułożoną dziewczyną, trzymającą się wyznaczonych norm społecznych. Jest yoki-hijo, bardziej narzędziem niż człowiekiem, wychowana by służyć, wie, że bez niej wszyscy zginą. Jak już wcześniej wspomniałam przywołuje ona duchy przez układanie kamieni na stertach (makapaka vibe). Oczywiście jest to artystyczne układanie, używające idealnego wyważenia czy układania skomplikowanych wzorów. W gruncie rzeczy jest to jakaś forma sztuki. Yumi wykonuje ją najlepiej jak potrafi, często doprowadzając się do granic możliwości. I tak mija jej życie, podróżując z wioski do wioski.

  Jak na Sandersona przystało, świat przedstawiony ma sens, ale tylko w uniwersum cosmere. Parę razy mamy wspomniane Odpryski, unicestwienie Mistrzostwa i inne planety, ale są to raczej małe szturchnięcia dla osób wiedzących o co chodzi, a nie wiedza wymagana do zrozumienia całości, Kompozycja i Hoid nawet śmieszkują mówiąc, że nic nie będą tłumaczyć o co dokładnie chodzi, bo im mniej bohaterowie i czytelnik wiedzą tym lepiej dla nich. Czy wszystko się według mnie klei? Oczywiście. Jak już wcześniej wspomniałam, Sanderson trzyma pewien poziom i nie puszcza. Łapiąc jego książkę wiem już czego się spodziewać, nie po historii samej w sobie, ale wiem, że na 99,99% mi się spodoba. 

  Udało mi się niestety wyłapać kilka małych błędów, tu brakująca kropka, tam spacja, czy zamienione imię. W gruncie rzeczy nic wielkiego i rzucającego się w oczy. Przynajmniej dla mnie próbującej się skupić na historii.

  Podsumowując, osobiście bawiłam się naprawdę dobrze. Początek był dla mnie jak zawsze ciężki. Zwykle tak mam z książką z "nowego" uniwersum. Wiem, że "Yumi i Malarz Koszmarów" to nadal cosmere, ale fani tego świata wiedzą, że każda planeta rządzi się swoimi własnymi prawami. Zawsze nowy system magiczny, nowe nazewnictwo, ogólnie sporo dziwactw, które wymyśla Sanderson w przerwie między pisaniem 10 innych książek. Zdecydowanie polecam pozycję, może nie na początek z prozą Brandona (choć takie głosy słyszałam), przez właśnie te nawiązania do cosmere. Lepiej się to na pewno czyta znając trochę bliżej całe lore (albo chociaż jego część). Na pewno znajomy już ma obiecany prezent właśnie z tej publikacji. Odkładam książkę na półkę z uśmiechem i uczuciem, że dobrze spędziłam z nią czas. Jeśli miałabym podsumować tę pozycję jednym zdaniem to było by to "I HATE AI ART", ale dlaczego? Musicie przekonać się sami ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz