Moja ocena: 2,5/5☆
Tytuł: Iron Flame. Żelazny płomień
Autor: Rebecca Yarros
Wydawnictwo: Filia
Cykl/Seria: Empireum (tom2)
ISBN: 9788383573052
Liczba Stron: 704
Wersja: papierowa, posiadam
Oprawa: twarda
Kategoria: Romantasy
Czytałam: 23.07-21.08
Kolejne romantasy w tym roku. Nie wiem jak przeżyje to moja psychika bo nie będzie ostatnie.
Seria, z którą od początku mam problem i love-hate relationship. Z jednej strony cierpię bo jak grzybiarzy nienawidzę smutnych scen (czyt. keksu pieczonego na okrągło), ale za to z drugiej fabuła wymyślona przez autorkę potrafi wciągnąć.
Pierwsza połowa książki to mordęga i czysty masochizm z mojej strony. Nie mogłam się zmusić by usiąść do czytania. Bo ona go kocha i on ją kocha, ale ona nie wie, że on ją kocha, bo powiedział to tylko raz, no i ją okłamał(czy tam zataił prawdę, watewa), więc jej nie ufa i ona mu przez to nie ufa, że on jej nie ufa, ale jednak kisiel i Niagara i konar zapłonął, ale ona mu nie ufa. A i Brennan żyje. Tak w największym skrócie, nie musicie dziękować. Fabuły w tej połowie tyle co nic. Ciągłe krążenie wokół tego samego tematu i pieczenie keksu w formie zakalca, bo jednak nie mogą póki Violet nie powie magicznych dwóch słów do Iksdena. Wiadomo, mamy tu też wątek tortur (nie tylko czytelnika!), nienawistnego nauczyciela, który wyszedł tak płasko i zniknął tak szybko, że już nie pamiętam jak się nazywał. Czyli takie pitu pitu przez około 300 stron gdzie nie dzieje się prawie nic ważnego i jakby człowiek je pominął to w sumie wiele by nie stracił. Jeśli oczywiście ktoś to czyta dla faktycznej fabuły a nie "skomplikowanych relacji" głównych bohaterów.
Na szczęście druga połowa poszła mi już szybko. Zrobiło się o wiele ciekawiej, w końcu wszystko poszło do przodu. Żeby nie było za pięknie to oczywiście nadal były momenty gdzie waliłam głową w stół (wątek Cat to jakieś nieporozumienie). Pojawiła się też jedna rzecz, która poruszyła moje spaczone pracą serce. Czyli nazwanie kamienia barierowego onyksem, które wygląda jak POLEROWANE ŻELAZO. No kogoś coś zabolało. (Przy okazji tego wątku zaproszę też do Psiary pazurem Bazgrane do jej wersji opinii o Iron Flame gdzie też zajęła się tą głupotką). Jak na moje ktoś tu pomylił onyks z hematytem, który już szybciej można porównać z żelazem. Niżej zdjęcie tych dwóch kamieni z mojej kolekcji. Po lewej hematyt i po prawej onyks.
Myślę, że nawet laik zauważy różnice, pomijając już fakt, że sam hematyt składa się z tlenku żelaza. Rozumiem z tekstu w książce, że kamień miał być czarny... I tu onyks by się lepiej sprawdził niż hematyt, który jest bardziej grafitowy niż czarny. Jednakże boli tu przyrównanie do żelaza. Bo nawet jeśli by to miało być porównanie do samego szlifu... Niestety ale onyksu nie można tak wyszlifować by miał połysk żelaza.
Kończąc ten przydługawy wywód, książki z tej serii to już mój czysty masochizm, a raczej podejście "jak już kupiłam to przeczytam". A dlaczego kupiłam? Bo są przepięknie wydane. Niestety jestem ofiarą marketingu i hype'u na TikToku. Nasłuchałam się ochów i achów na temat Fourth wing, jak tylko pojawiła się polska zapowiedź dodałam książkę do koszyka i zamówiłam... To był błąd. Ale teraz mam chociaż na co narzekać, prawda? Ogólny zarys fabuły jest dobry, potrafi wciągnąć. Czyta się to szybko, miejscami z przyjemnością. Niemniej miałam ochotę pomijać fragmenty przy którymś z kolei opisie pocałunku na parę stron... Serii bym nikomu znajomemu nie poleciła, chyba, że prosiłby wprost o smuta. Pewnie przeczytam kolejne części, ale myślę, że jedna książka z serii na rok to dobry wybór, więc z Onyx Storm widzimy się w 2026 roku!


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz