Moja ocena: 2,5/5☆
Tytuł: Dwór mgieł i furii
Autor: Sarah J. Maas
Wydawnictwo: Uroboros
Cykl/Seria: Dwór cierni i róż
ISBN: 978838318007
Liczba Stron: 768
Wersja: elektroniczna
Oprawa: -
Kategoria: Romantasy
Czytałam: 29.09-05.10
Obiecywałam, że to nie koniec Porn.. Ekhem... ROMANTASY na ten rok. Zatem przedstawiam kolejną stację Dworca.
Pośmiali się? Okay. To do brzegu. Serii Dworów Sarah J. Maas chyba nie trzeba ponownie przedstawiać. Raczej każdy chociaż o nich słyszał. Jak pisałam poprzednio, zawsze chciałam się za nie zabrać, ale zawsze było coś ciekawszego. A dlaczego zabrałam się za drugą część gdy pierwsza okazała się... Nie za dobra? Odpowiedzi są dwie. Masochizm i Bingo. Głównie to pierwsze.
Nie ma tego złego. Na szczęście ta część poszła mi błyskawicznie. Strony leciały nawet nie wiem kiedy. Nie krzyczałam aż tak dużo jak w pierwszym tomie. Nadal było dość mało scen pieczenia keksu, dzięki czemu mam ochotę czytać dalej. No właśnie. OCHOTĘ. Mimo wszystko mamy tu fabułę, która w tym tomie bardzo posunęła się do przodu. Pierwsza część wygląda bardziej jak prolog, jak wstęp do historii i pokazania czytelnikowi jako takich zasad świata fae. Druga część natomiast zaczyna rozwijać historię, pokazuje powoli czego czytelnik może się spodziewać w kolejnych tomach.
Oczywiście nie było tak kolorowo jakby się mogło zdawać. Problem w tym, że już zaczynam zapominać o rzeczach, na które krzyczałam i przeklinałam siebie, że zabrałam się za taką lekturę gdy na półce czeka tyle dobrych książek. Myślami głównie uciekam do fragmentu gdzie Frayera związuje dwie jesionowe strzały i robi z nich sztylety... Jak? Mnie nie pytajcie.
Muszę szczerze przyznać, że chwilę mi zajęło przyzwyczajenie się do kompletnego odwrócenia postaci Tamlina. Z kochającego i w gruncie rzeczy idealnego księcia z bajki w skrzywionego psychicznie, nadopiekuńczego chu... Z jednej strony rozumiem, że autorka chciała się go szybko pozbyć i tłumaczy to traumą, ale... Strasznie bolało na każdym kroku ten brak rozmowy czy jakiejkolwiek komunikacji między nimi. Związek oparty na syndromie sztokholmskim i pieczeniu keksu. W sumie na tym zamyka się fabuła z Tamponem. Ryszard to już co innego. Na tym to się zawiodłam. Miałam chociaż małą nadzieję na badboya, a tu wyszła miękka buła. Przynajmniej dla Frayery i jego przyjaciół. Postać tak złożona, że w sumie nie wierzę w żądną z jego "masek" bo każda wydaje się nieprawdziwa. Szczerze? Do końca książki czekałam czy nagle nie okaże się zły i że od początku ją oszukiwał...
I... To by było na tyle. Nie wiem co mam więcej dodać, może poza tym, że zapewne mój masochizm będzie domagał się kolejnych części. Pojawią się pewnie w przyszłości. Czy warto przeczytać te książki? Chyba? Można je nazwać klasyką gatunku romantasy, jakkolwiek go nie lubię to czasami chcę poznać coś na co będę mogła narzekać w przyszłości. Na razie pieczenia keksu było mało, więc da się te książki czytać (nie jak Iron Flame), chociaż z pewnych źródeł wiem, że ten stan rzeczy może się niedługo zmienić, a ryki Ryszarda strącą niejedną lawinę z góry...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz